środa, 14 grudnia 2011

co pisac?

Mam kolowrotek w glowie. Czuje zawiedzenie ze nie moge znalezc stalej pracy i takliej zebym byla zadowolona...czy cos ze mna nie tak ze w kazdej ktora podejmuje znajduje powody zeby zrezygnowac? W biurze nie czuje sie dobrze bo szybko sie nudze, kiedy bylam kelnerka nie bylo tak zle ale bylam bardzo zmeczobna. Odpowiadal mi ten harmider i praca z ludzmi. Problem jednak zawsze z tym zeby trafic w odpowiednia grupe z fajna atmosfera. Ale czy na emigracji mozna wymagac tego? czy trzeba brac co daja i nie narzekac ze cos jest nie tak? aktualnie sprzatam. praca najmniej stresujaca, pieniadze nawet ok, ale czuje ze trace motywacje do dzialania:( zastanawiam sie co robic zeby chcisalo mi sie rano wsawac, oprocz tego ze cwicze co rano joge i medytuje, na nic innego nie starcza mi czasu. mam poczucie ze tu na nic nie mam wplywu, ze musze sie poddac temu co przychodfzi i nie narzekac. chyba z tego wszystkiego naokolo zauwazam same negatywne rzeczy, ludzi, wkurzajce sytuacje. czy to sie kiedys skonczy? co mam zrobic zeby znow zobaczyc sens dzialania, tego co sobie zalozylam przyjezdzajac do stanow? moze to top ze ciagle bronie sie oprzed negatywnymi uczuciami i od nich ucierkam bo boje sie w nich pograzyc i to nie daje mi spokoju. moze to ze przed numi ciagle uciekami pwoduje ze nie moge byc tak do konca szczesliwa. moze poprostu odpuscic i zobaczyc co sie stanie?...

wtorek, 15 listopada 2011

kolejny poczatek

Znalzalam nowa prace. Odkad jestem w Nowym Jorku to moja chyba 5. Jeszcze nie wiem czy w niej zostane bo jestem dzisiaj drugi dzien na tzw. "probie" i nie wiem czy mi sie tez spodoba. Choc szczerze mowiac nie bede wybredna, bo chyba za bardzo jestem, stad te ciagle zmiany prac...Tym razem bede "ogarniaczka" domu;) tzn mam ogarniac to czego koreanska pani domu na Manhattanie nie jest w stanie, mimo ze jest w nim caly dzien:) po ostatniej pracy w amerykanskiej korporacji to duza odmiana. Z jednej strony czuje frustracje bo socjolog po Jagiellonskim musi poczkeac troszke z realizacja swoich glebokich pragnien, ktore (kiedy nachodzi mnie chandra) mam watpliwosci czy w ogole sa sensowne do realizacji. Z drugiej strony czuje podekscytowanie bo praca za komputerem 8 godzin dziennie mnie meczyla i nudzila, a tu bede caly czas w ruchu, doszlifuje moje umiejetnosci domowe, ktore zawsze sie przydadza;) poducze sie gotowania, poznam koreanskie potrawy, inna kulture, i zarobie w koncu przyzwoite pieniadze. Czuje ze robie sie praktyczna(?) moze to i dobrze z moja sklonnoscia do fantazjowania i filozofowania;) czasem bujam w chmurach tak ze ciezko mi zejsc pozniej na ziemie i zajac sie tym czym mam sie zajac. Zostawiam moja wrazliwa nature(tymczasowo) poranna mate...tzn joge na macie i medytacje. Poki co skupiam sie na celu ktorym jest lot do Polski na Swieta Bozego Narodzenia. A to juz niedlugo. Zakasuje rekawy i biore sie do pracy zeby pozniej moc spokojnie odpoczywac...Czy mozna przezyc w Ameryce z wrazliwa i sklonna do sentymentow natura?hmm

piątek, 11 listopada 2011

wstepnik

No i zaczelo sie! Rok jesli nie wiecej zeszlo mi od odkrycia we mnie checi do pisania do faktycznego stanu rzeczy. No ale tak to bywa czasem(ze mna). Mnostwo pomyslow w glowie, kotlujacych sie jak makaron na gazie, ktore czekaj tylke zeby je w koncu napoczac i zaczac cos z nimi robic. A moze to prokrastynacja. to dziwne slowo a takie glebokie ma znaczenie. Ze niby odkladam zawsze na potem. Hmm ale jak tu nie odkladac skoro tyle jest do zrobienia a czasu ciagle malo. A pomyslow nie ubywa, no bo niby jak? Te ktore sa a nie zdaze zrealizowac, odkladane sa na polke a nowych wcale nie ubywa. No, blog w koncu sie zaczal. Prokrastynacja to troche wymowka. Ona musi z czegos wynikac. No wlasnie...Hmm....pisiu, pisiu, pisac mozna i mozna, slow tysiace sie pcha na ekran, ale zeby je ulozyc w konkrtena calosc zeby pisac z sensem. ale z sensem dla kogo? dla innych ?dla siebie? po cos? po nic? no wlasnie! ba! to sa pytania! Blog byl odkladany na potem, troche jakbym odkladala siebie do okreslenia o co mi chodzi, na potem. Bo mam czas, bo zdaze. No wlasnie. Zdaze ale kazdy jeden dzien bez braku sensu w tym co sie robi, co ja robie to jakby zmarnowany kolejny dzien. I w koncu odwazylam sie. zaczynam sklecac slowa, moje wlasne, ze srodka, dla nikogo, po nic, poprostu.